Mam 13 lat, cierpię na wypalenie zawodowe…


Najpierw jest 6 lekcji w szkole. Zaraz po nich zajęcia z aikido, pływania i języka angielskiego. Wieczorem jeszcze odrabianie lekcji – tak do 22. A potem już tylko… kłopoty psychiczne. W XXI wieku bycie dzieckiem na pełny etat to trudne i niebezpieczne zadanie.

 

Zosia ma 13 lat, jest gimnazjalistką. To dziecko (inni powiedzą: młodzież – co kto woli…) idealne: na świadectwie same szóstki, grzeczne, ambitne. Dziewczynka odnosiła już sukcesy w konkursach humanistycznych i z przedmiotów ścisłych. Nagle w 3. klasie okazało się, że cierpi na anoreksję, brakuje jej chęci do czegokolwiek i, co najgorsze, do… życia. Jej organizm nie miał szans na zregenerowanie się, na chwilę zwyczajnego dzieciństwa. Dramat skończył się 3-miesięcznym pobytem w szpitalu psychiatrycznym.

 

Kochanie, musisz być zwycięzcą!

Najtrudniej jest na początku roku szkolnego – płoty wokół szkół są oklejone obietnicami „cudowności”, które mogą spotkać młodego człowieka, jeśli tylko zechce się zapisać na zajęcia, a rodzice za to zapłacą (a zapłacą na pewno, jeśli chcą, by to ich dziecko osiągnęło sukces…): karate, piłka nożna, siatkówka, aikido, szermierka, szachy, pływanie itd. Co tu wybrać z natłoku? Wszystko wygląda ciekawie, wszystkiego by się chciało…

Jednak sprawność fizyczna nie wystarczy – przede wszystkim wypada zadbać o to, by pociecha w dorosłym życiu miała szansę na „najlepszą posadę”. A to gwarantuje jedynie odpowiedni trening mózgu. Tylko na co się zdecydować: zajęcia z robotyki, ze dwa języki obce, kółko matematyczne?

Zawsze, przechodząc w pobliżu tych wszystkich, wiele obiecujących plakatów, mam przed oczami znajome rodzeństwo (7 i 9 lat): po lekcjach dzieciaki chodzą na basen, piłkę nożną, karate, język angielski, tenis i szachy. Wolne od dodatkowych zajęć mają tylko niedziele. No ale przecież nie wszystkie, bo zwykle akurat wtedy trzeba jechać na zawody! Można powiedzieć: cudowne dzieciaki. Ale czy zdrowe?

– Niekoniecznie. Przepracowanie i przeciążenie obowiązkami wcześniej czy później odbija się negatywnie na stanie zdrowia dzieci – nie ma wątpliwości  Anna Krzyszowska-Kamińska, lekarka rodzinna z Wrocławia. W swojej praktyce wielokrotnie zetknęła się z kilkuletnimi czy kilkunastoletnimi pacjentami, których kłopoty zdrowotne wynikały wyłącznie z przemęczenia.

I nie chodzi tu o zbyt ciężkie plecaki, którym tyle czasu media poświęcają zwykle w sierpniu i wrześniu. Mało kto zwraca uwagę na liczbę godzin pracy najmłodszych. Kiedy policzymy skrupulatnie, wyjdzie na to, że to jakieś dwa pełne etaty – jeszcze z porządnym okładem.

Co symptomatyczne, o to, by maluchy miały jeszcze więcej obowiązków, często zabiegają… rodzice. Już przedszkolaki muszą uczyć się języków obcych i mieć inne rozwijające lekcje, jak rytmika czy taniec. Znakomicie, o ile nie jest ich za dużo. Ale coraz częściej przedszkolaki dostają też zadania domowe.

– Zdarzają się rodzice, którzy proszą o zadania domowe dla dzieci przedszkolnych, zwłaszcza z angielskiego – podkreśla dr Krzyszowska-Kamińska. – Później jest już tylko gorzej: w podstawówce po pięciu lekcjach dzieci najczęściej trafiają do świetlicy. Dobrze, jeśli spokojnie zjedzą obiad i dopiero po nim idą na angielski, matematykę, szachy itd. Obowiązkowo mają też zajęcia sportowe, ale nie rekreacyjne, tylko wyczynowe. Koniecznie muszą ćwiczyć w szkółkach, gdzie treningi są intensywne. Tenis, basen, koszykówka, piłka nożna, gimnastyka artystyczna są wskazane, ale w rozsądnych ilościach. Tymczasem wielu trenerów tak się przejmuje swoją rolą, że zamiast gimnastyki ogólnorozwojowej i treningu w danym kierunku, ćwiczy tylko „swoje”. W efekcie po kilku latach dzieci są np. pokrzywione w jedną stronę po tenisie – wyjaśnia zaniepokojona lekarka.

Jaki jest efekt tego wszystkiego? Następcy Bońka i Lewandowskiego, owszem, potrafią strzelać gole, ale stopy mają tak słabe, że nie umieją stanąć na palcach. Dlaczego? Bo wciąż trenują tylko w sztywnych butach.

 

Hodowanie małego pracoholika

Dzień zapracowanego dziecka niewiele się różni od dnia jego zapracowanych zwykle rodziców: pobudka o godzinie 6 albo 6.30. Pół godziny później wyjazd z domu, bo do dobrej szkoły zazwyczaj jest daleko, a po drodze trzeba się przebić przez korki. Potem są: lekcje, świetlica, obiad – często w aucie, bo przecież trzeba szybko jechać na angielski, szachy i na następne zajęcia sportowe. No a w domu czeka jeszcze odrabianie lekcji. Spać można się położyć dopiero około godziny 22.
– Czyli o jakąś godzinę za późno – mówi wrocławska lekarka.

Odpoczynek w weekendy? Nic z tego – w soboty trzeba iść na zajęcia w ramach uniwersytetu dla dzieci. Niedziela natomiast musi być przeznaczona na nadrabianie zaległości lekcyjnych z całego tygodnia.

No a gdzie tu miejsce na zabawę z rówieśnikami – na podwórku, na trzepaku, w parku? Jak to „gdzie?” – na Facebooku. Na kontakty na żywo nie ma już czasu…

Potem, gdy „dziecko” zaczyna być „młodzieżą”, zmienia się niewiele, a jeśli już, to na gorsze. Do wymienionych wcześniej obowiązków „etatowych” dochodzą przecież nowe. Sama szkoła to już za mało – trzeba chodzić na korepetycje z kilku przedmiotów, by walczyć o wyniki w konkursie zDolny Ślązak czy olimpiadach z poszczególnych przedmiotów. Od tego zależy przecież to, czy nasza pociecha dostanie się do „lepszego” liceum, a potem na prestiżowe studia….

 

„Kochanie, nie zapomnij o obiedzie! Acha – nie ma czasu na takie bzdety…” Licealista dojeżdża do szkół i na zajęcia komunikacją miejską, więc zje coś „na mieście”. Zwykle to coś niezdrowego.
– Taki tryb życia coraz częściej kończy się zaburzeniami odżywiania: anoreksją, bulimią, otyłością, bo dzieci zajadają zmęczenie słodyczami, które dają energię. To życie w pędzie coraz częściej kończy się też depresją i rodzajem wypalenia zawodowego – ostrzega Anna Krzyszowska-Kamińska. – Przemęczenie prowadzi też do zaburzeń komunikacji społecznej: dzieci nie odnajdują się w grupach rówieśniczych, nie potrafią rozmawiać, tym bardziej że kontaktują się ze sobą głównie przez mesengery czy esemesy.

 

Mamo, naprawdę muszę iść na te zajęcia?

– Temat zajęć dodatkowych zawsze wzbudza emocje, bo jedni uważają, że trzeba inwestować w dziecko ile się da, nie przepuszczając żadnej okazji. Inni uważają, że dzieci jednak potrzebują wytchnienia – mówi Anna Jankowska, pedagog, autorka blogu Tylkodlamam.pl. – Jako pedagog i mama skłaniam się raczej ku tej drugiej frakcji, która uważa, że nadmiar zajęć dodatkowych może po prostu zaszkodzić – przyznaje.

Jak mówi, częstym argumentem przemawiającym za dużą liczbą dodatkowych zajęć, który słyszy ze strony rodziców, jest to, że dziecko, spędzając czas np. na graniu w piłkę czy rytmice, odpoczywa przecież od szkoły i w dodatku się rusza.

– To tak, jakby wyszło na dwór i się relaksowało. Ale to nie do końca jest prawdą. Oczywiście, dziecko na zajęciach dodatkowych (tych sportowych) rusza się. Jednak to wciąż jest obowiązek. Trzeba tam dotrzeć na odpowiednią godzinę, podążać za wskazówkami trenera czy nauczyciela, skończyć o odpowiednim czasie. To jest bardziej lekcja niż czas wolny – wyjaśnia pani pedagog. I dodaje, że wszystko to nie ma wiele wspólnego z relaksującą zabawą, która z założenia jest aktywnością spontaniczną. Bo przecież nie zaczyna się jej i nie kończy „na gwizdek”. A tylko w takiej sytuacji daje to  najwięcej radości i jest prawdziwym czasem odpoczynku od obowiązków szkolnych i pozaszkolnych.

Autorka blogu Tylkodlamam.pl podkreśla, że nie w porządku jest według niej postawa części rodziców, dla których zajęcia dodatkowe są formą wygospodarowania odrobiny czasu dla siebie. Dziecko gra w szachy, pływa albo tańczy, więc nie mam wyrzutów sumienia, że się nudzi lub gapi w telewizor, a ja mogę wreszcie poczytać książkę, obejrzeć telewizję, nadrobić zaległości w mejlach. No a poza tym przecież syn czy córka sami prosili, żeby ich na to zapisać…

– Tak, dzieci bardzo często same proszą o zapisanie na wiele różnych zajęć. Są ciekawe świata, a te zajęcia to sposób spędzania czasu. Jednak to rodzice są osobami dorosłymi, czyli tymi, którzy podejmują decyzje. Zostawianie tego dzieciom nie do końca jest w porządku – pedagog nie zostawia wątpliwości. – Dorosły tak naprawdę potrafi (a w każdym razie powinien umieć) przewidzieć, jak duża liczba dodatkowych zajęć wpłynie na dziecko – jego zdrowie, zmęczenie, psychikę. Te zajęcia są na pewno bardzo ciekawe, jednak same zajęcia to jakieś 60 minut. A co z czasem na dojazd, powrót, jedzeniem w biegu, żeby zdążyć tu i tam? A co z czasem na odpoczynek i wreszcie odrabianiem lekcji? – pyta retorycznie Anna Jankowska.

Jak podkreśla, dziecko nie potrafi sobie tego wszystkiego wyobrazić i poukładać w skali tygodnia tak dokładnie, jak dorosły. Dlatego to do rodziców należy sensowne gospodarowanie jego czasem i wyjaśnienie, że nie trzeba albo nie ma sensu chodzić na wszystko, mimo że wydaje się to bardzo ciekawe.

No dobrze, ale czy takie podejście do sprawy nie podcina dziecku skrzydeł? Ekspertka przyznaje, że rezygnowanie z części ciekawych zajęć może wyglądać jak ograniczanie rozwoju czy talentu dziecka, ale to tylko pozory!

– Dla młodego organizmu najważniejsze są takie warunki, w których ma szansę na równowagę, oddech, intensywną naukę i odpoczynek w równych proporcjach. W przeciwnym wypadku ten młody organizm jest po prostu zmęczony. Za chwilę będzie przemęczony, wybuchowy, marudny, a my będziemy się zastanawiać, dlaczego taki jest: „Pewnie za dużo zadają w szkole…” – mówi Anna Jankowska.

Zdarza się też, że dziecko nie bardzo chce chodzić na wszystkie te „atrakcyjne zajęcia”, ale rodzice „cisną”, bo przecież „nie powinno się marnować żadnej okazji”. Pani pedagog przyznaje, że nie ma złotego środka na wygórowane ambicje rodziców. Może jedynie współczuć ich dzieciom. I podpowiada racjonalne rozwiązanie.

– Jeśli ktoś się zastanawia, czy nie przegiął z liczbą zajęć dodatkowych, proponuję usiąść i rozpisać wszystkie godziny, w których dziecko jest zobligowane do tego rodzaju pracy. Nazwijmy to pracą, łatwiej będzie obliczać – tłumaczy. – To każda godzina w szkole (wraz z dojazdami), poza domem (świetlica) i na zajęciach dodatkowych (wraz z dojazdami). To też godziny odrabiania lekcji, które jak najbardziej zaliczam do pracy. Ile tego wychodzi w ciągu tygodnia? Teoretycznie dorośli pracują po 40 godzin w tygodniu, żadne dziecko nie powinno (nawet w przybliżeniu) tyle pracować!

 

Tyle zajęć wystarczy, żadnych kolejnych!

Szczęśliwie niektórzy rodzice zaczynają zauważać, że takie bogactwo możliwości może zaszkodzić ich pociechom. Ośmioletnia Tosia z Wrocławia uczy się w trzeciej klasie. Jak wielu jej rówieśników, jest mocno zapracowanym dzieckiem: wstaje o godzinie 6, by zdążyć spokojnie zjeść śniadanie, ubrać się, uczesać, umyć zęby i pościelić łóżko. Do szkoły musi wyruszyć już o 6.45. Pierwsza lekcja zaczyna się w jej szkole o 7.30.

Do domu mała wrocławianka wraca bardzo późnym popołudniem. Po lekcjach, jak wszystkie dzieci z jej klasy, spędza czas w świetlicy, gdzie czeka na mamę lub tatę. Zanim dojedzie do domu, zje obiad i chwilę odpocznie, zastaje ją godzina 19. A jeszcze trzeba odrobić lekcje albo powtórzyć słówka z angielskiego, na który chodzi raz w tygodniu, czasem na też zajęcia sportowe, bo ma dużo energii i uwielbia ruch. Na więcej zajęć pozalekcyjnych nie ma już ani czasu, ani siły.

– Na początku było inaczej. Zapisywałam ją na wiele różnych zajęć, bo wychodziłam z założenia, że jeśli spróbuje różnych rzeczy, znajdzie coś, co ją zainteresuje – opowiada pani Daria, mama Tosi. – Ale efekt był odwrotny od zamierzonego: nic jej się nie spodobało, była przemęczona i to ją zniechęciło. Teraz oszczędzam jej codziennego pędu – chodzi tylko raz w tygodniu na angielski i od czasu do czasu na inne, dodatkowe zajęcia.

Mama dziewczynki dodaje, że gdyby zajęcia pozalekcyjne mogły się odbywać  w szkole we wcześniejszych porach, mała sportsmenka chodziłaby może też na koszykówkę, którą bardzo lubi. Niestety, w szkole uczy się tak dużo dzieci, że wszystkie sale lekcyjne w tym sportowa są zajęte do późnego popołudnia. Szkolne kółka zainteresowań rozpoczynają się więc dopiero o 16.45, a kończą o 18. W domach kultury, klubach sportowych czy osiedlowych jest zresztą podobnie. Przez to nawet małe dzieci są przemęczone i wiecznie niewyspane.

– Jak widzę, coraz więcej rodziców zauważa, że dzieci są bardzo zmęczone i rezygnuje z zapisywania ich na kolejne zajęcia – dodaje pani Daria. – I dobrze, bo często te wszystkie lekcje śpiewu, gry na gitarze, sporty walki czy warsztaty teatralne to wyłącznie ambicje rodziców, a nie dzieci.

Czasem potrzebna jest radykalna interwencja mamy czy taty, by dziecko uratować przed utopieniem się w morzu obowiązków. Doskonale ilustruje to przykład Kamila, licealisty, który głęboko utkwił w pamięci dr Annie Krzyszowskiej-Kamińskiej. Chłopak, podobnie jak wspomniana na początku tekstu Zosia, uczył się świetnie. Nagle, gdzieś pod koniec 2. klasy zupełnie się zablokował psychicznie: stracił kontakt z rówieśnikami, z rodzicami, zupełnie się odciął od świata. Wtedy mądra matka zabrała go na całe wakacje w Bieszczady.

Do tej pory latem chłopak zawsze jeździł na obozy językowe i matematyczne. Ale nie tym razem: w górach nie było internetu – była jedynie przyroda. Po powrocie do szkoły, w 3. klasie mama Kamila stanowczo zakazała mu udziału w jakichkolwiek konkursach czy olimpiadach. Uparcie wyganiała go za to na wszystkie klasowe „osiemnastki” i inne podobne imprezy.
– I udało się: Kamil ma się dobrze, maturę zdał wspaniale – uśmiecha się lekarka. – To dramatyczny przypadek, ale kondycja naszych dzieci jest coraz gorsza. Nie mają czasu na zabawę – taką najzwyklejszą, na podwórku z kartonami, deskami, trzepakiem i na bycie ze sobą. A to jest im bardzo potrzebne do normalnego rozwoju.

 

fot. Pixabay